Droga NSDAP do władzy rozpoczęła się w początkach lat 20. – okresie głębokiego załamania społecznego, politycznego i gospodarczego w Niemczech. Szok spowodowany klęską Niemiec w I wojnie światowej oraz zapisami traktatu wersalskiego wywołał radykalizację nastrojów społecznych oraz powstawanie radykalnych partii politycznych. Szacuje się, że w czasie II wojny światowej naziści i ich sojusznicy wymordowali ok. 6 mln Żydów. W obliczu całkowitej klęski, w oblężonym przez Armię Czerwoną Berlinie, Adolf Hitler popełnił samobójstwo. 30 kwietnia 1945 r. wraz z poślubioną dzień wcześniej wieloletnią partnerką Ewą Braun zażył truciznę, równocześnie Jacek Lepiarz. 09.11.2018. 80 lat temu w Niemczech doszło do masowych napaści na Żydów. Wystawa w muzeum Topografia terroru w Berlinie ukazuje kulisy krwawych zajść w listopadzie 1938 r Tłumaczenia w kontekście hasła "zabił kogoś na" z polskiego na angielski od Reverso Context: Chce, żebyś zabił kogoś na jej oczach. Tylko czy te same standardy żurnaliści postępu stosują wobec drugiego morderczego totalitaryzmu – niemieckiego nazizmu? Bo czy Hitler kogoś osobiście zabił? Goering czy Goebbels z tych samych powodów nie mogliby się znaleźć nie tylko na mojej, ale na żadnej liście oprawców. To samo zresztą dotyczyłoby Stalina. Historycy są w większości przekonani o tym, że przywódca nazistów zabił się w berlińskim bunkrze. Miało do tego dojść 30 kwietnia 1945 roku – prawie 74 lata temu. Czy możliwe jest, że Hitler nie popełnił samobójstwa? Od lat pojawiają się takie teorie. Ile w nich prawdy? . Polska Agencja Prasowa: Od którego momentu powstania Niemcy zaczęli dokonywać zbrodni na ludności cywilnej? Katarzyna Utracka: Mówiąc o egzekucjach w czasie powstania, mamy najczęściej na myśli rzeź Woli, której kulminacja przypadła 5–6 sierpnia. Musimy jednak pamiętać, że 1 sierpnia wieczorem Adolf Hitler i Heinrich Himmler na wieść o wybuchu zrywu wydali rozkaz mówiący o tym, że należy zabić wszystkich mieszkańców Warszawy, nie wolno brać żadnych jeńców, a miasto ma być zrównane z ziemią. To miał być przykład dla całej Europy pokazujący, co stanie się z miejscem, które zbuntuje się przeciwko III Rzeszy. Zatem zbrodnie dokonywane na ludności cywilnej rozpoczęły się pierwszego dnia powstania, a w kolejnych dniach przybierały na sile. W drugim dniu do egzekucji doszło chociażby na Mokotowie, na ul. Rakowieckiej – w więzieniu, gdzie Niemcy zamordowali 500 osób, a także w klasztorze jezuitów, gdzie zginęło 40 osób. Opowiadając o powstańczej Warszawie, zapominamy o tym, co działo się w prawobrzeżnej części miasta. Na Pradze również zryw wybuchł, choć miał nieco inny przebieg; po kilku dniach komendant wydał rozkaz o zejściu do konspiracji. Jednak w pierwszych dniach sierpnia także tam ginęła ludność cywilna, co więcej, do egzekucji dochodziło również w kolejnych tygodniach. 2 sierpnia odbyła się egzekucja na cmentarzu Bródnowskim, o której niewiele osób pamięta. Zginęło wówczas kilkudziesięciu mężczyzn, w dużej części powstańcy, ale wśród nich byli też cywile, a najmłodsza ofiara miała szesnaście lat. Po wojnie, 5 sierpnia 1945 r., na cmentarzu Bródnowskim zostało odsłonięte miejsce upamiętniające tę zbrodnię. Było to zresztą w stolicy pierwsze upamiętnienie dotyczące Powstania Warszawskiego. PAP: Dlaczego Niemcy swoje działania skierowali przeciwko ludności cywilnej? Katarzyna Utracka: Eksterminacja ludności cywilnej była odwetem za to, że warszawiacy zdecydowali się chwycić za broń i przeciwstawić III Rzeszy. Niemcy stosowali taktykę spalonej ziemi, zwłaszcza w pierwszych dniach powstania. Oznaczało to, że po przejściu oddziałów niemieckich nie miała zostać żadna infrastruktura ani mieszkańcy. Aby ten cel zrealizować, Niemcy obrali taktykę mordowania. Z czasem zaczęli się z tego nieco wycofywać, ponieważ zauważyli, że spowalnia to natarcie oddziałów niemieckich. Stwierdzili, że lepiej będzie właśnie ludność cywilną wysiedlić, i tak się stało. Egzekucje po 6 sierpnia zostały wstrzymane, a przynajmniej nie były już prowadzone na taką skalę, jak dotychczas, ponieważ Niemcy doszli do wniosku, że warszawiaków można wykorzystać jako tanią siłę roboczą. Był to ostatni moment, kiedy III Rzesza pozyskała mnóstwo robotników przymusowych. Szacuje się, że na roboty do III Rzeszy w trakcie i po upadku powstania trafiło od 90 do nawet 150 tys. osób. PAP: Jaka była metodologia zbrodni dokonywanych przez Niemców? Katarzyna Utracka: Możemy prześledzić ją na podstawie tego, co działo się na Woli. Mieszkańcy byli wypędzani z domów i spędzani w jedno miejsce, często na terenie fabryk, parków i w okolicach kościołów. Tam rozstrzeliwano ich strzałami z pistoletów maszynowych, a tych, którzy przeżyli, dobijano. Dochodziło do sytuacji, że dzieci ginęły na oczach rodziców – to były dantejskie sceny. Potem ciała zamordowanych palono na specjalnie przygotowanych w tym celu stosach. Zajmowały się tym specjalne oddziały Verbrennungskommando Warschau złożone z przymusowo wcielonych Polaków. Natomiast ci, którzy nie mogli lub nie chcieli opuścić budynków, ginęli w środku, ponieważ Niemcy wrzucali do wewnątrz granaty lub podpalali budynki. To, co wydarzyło się na Woli, możemy określić jako ludobójstwo. Nie było to bowiem chaotyczne działanie, coś, co wymknęło się spod kontroli, bo Niemcy skrupulatnie i dokładnie realizowali w tej dzielnicy rozkaz najwyższych władz z 1 sierpnia. PAP: A jak wyglądało to w innych dzielnicach? Katarzyna Utracka: Te egzekucje przebiegały podobnie, nie były jednak przeprowadzane już na taką skalę, jak na Woli. Niemcy nie stosowali również taktyki spalonej ziemi. Oczywiście budynki podpalano, ale nie płonęły całe ulice, jak chociażby w przypadku ul. Wolskiej czy Górczewskiej. Mówiąc o zbrodniach niemieckich, należy także przypomnieć o tym, że ludność cywilna była wykorzystywana jako tzw. żywe barykady, czyli była pędzona przed czołgami i nacierającymi oddziałami niemieckimi. Tę metodę Niemcy stosowali chociażby na Woli czy podczas przebicia w stronę Ogrodu Saskiego, ale także w Al. Jerozolimskich, w rejonie Muzeum Narodowego. Jedną z metod Niemców było też bombardowanie zaplecza frontowego. To właśnie tam ludność cywilna ukrywała się w schronach i piwnicach, tam także działały wielkie szpitale powstańcze, do których nie tylko trafiali powstańcy, lecz i cywile. Szpitale były oznaczone znakami Czerwonego Krzyża, jednak Niemcy i tak je bombardowali. Sami powstańcy podkreślają, że w czasie walk paradoksalnie bezpieczniej było być na pierwszej linii frontu, na barykadzie niż na zapleczu frontu. PAP: Ile było zatem takich miejsc, w których Niemcy dokonali zbrodni? Katarzyna Utracka: Dane możemy znaleźć w książce „Rejestr miejsc i faktów zbrodni popełnionych przez okupanta hitlerowskiego na ziemiach polskich w latach 1939–1945. Powstanie Warszawskie 1 VIII–2 X 1944” z 1994 r. Autorzy – Maja Motyl i Stanisław Rutkowski – podjęli się ogromnego zadania zebrania wszystkich miejsc mordów popełnionych w czasie powstania i z ich wyliczeń wynika, że było ich 934, a więc ogromna liczba. Najwięcej z nich znajduje się na Woli, przy ul. Górczewskiej i Wolskiej. Niemcy zabijali w parku Sowińskiego, na terenie fabryk Franaszka i Ursus przy ul. Wolskiej, na cmentarzu prawosławnym, przy kościołach św. Wawrzyńca i św. Stanisława, parafii św. Wojciecha oraz przy ul. Górczewskiej za wiaduktem. Kolejną dzielnicą szczególnie doświadczoną w Powstaniu Warszawskim jest Ochota. Do masowych mordów dochodziło w rejonie ul. Opaczewskiej oraz na terenie ogródków działkowych przy ul. Grójeckiej. Przy ul. Grójeckiej 104, odkrywszy, że w piwnicy bloku ukrywają się ludzie, „ronowcy” wrzucili do środka granaty. Ofiarami były głównie kobiety i dzieci. Mordy przeprowadzano również w Instytucie Radowym przy ul. Wawelskiej, gdzie żołnierze RONA zamordowali personel i pacjentów szpitala. Do największych zbrodni doszło jednak na terenie targowiska warzywnego przy ul. Grójeckiej 95, zwanego Zieleniakiem, gdzie zginęło około tysiąca osób. Do masowych egzekucji dochodziło też w innych rejonach Warszawy. W Śródmieściu były przeprowadzane do końca września w ruinach budynku Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Al. Ujazdowskich i na terenie przylegającego do niego ogródka jordanowskiego. Wśród zamordowanych były kobiety, dzieci, starcy i kaleki. Nie jest znana dokładna liczba ofiar. Prawdopodobnie zginęło w tym miejscu 5–6 tys. osób. Kolejne miejsce to ul. Marszałkowska 21, gdzie w pierwszych dniach zrywu w pobliżu apteki Anca zabito ok. 100 mieszkańców okolicznych domów. Mieszkańców Śródmieścia rozstrzeliwano także w ruinach Teatru Wielkiego. Szacuje się, że zginęło tam ok. 350 osób. Na Starym Mieście do największych zbrodni doszło po upadku dzielnicy. Tylko 2 września oddziały niemieckie zamordowały ok. 1 300 osób, wśród nich blisko 300 rannych ze szpitala przy ul. Długiej 7. Masowe egzekucje przeprowadzano również na terenie Marymontu. Według protokołów PCK tylko 14 września Niemcy zamordowali tam co najmniej 360 osób, w tym 25 dzieci. W jednej z egzekucji przy ul. Marii Kazimiery 3 zginęła cała rodzina rtm. Adama Rzeszotarskiego, dowódcy Zgrupowania „Żmija”. W następnych dniach egzekucje odbywały się przy ul. Lutosławskiego 9, ul. Paska róg Gdańskiej czy w parku Kaskada. Na Czerniakowie najwięcej osób zamordowali Niemcy podczas pacyfikacji szpitali powstańczych, w których przebywała również ludność cywilna. W szpitalu przy ul. Wilanowskiej 18/20 żołnierze niemieccy rozstrzelali 18 września ponad 80 rannych. Kilka dni później na tej samej ulicy w punkcie sanitarnym pod numerem 5 zamordowali blisko 120 osób. 20 września natomiast w składach spółdzielni „Społem” na rogu ul. Wilanowskiej i Czerniakowskiej rozstrzelali prawie 100 osób, w grupie tej znajdowali się wzięci do niewoli powstańcy i ludność cywilna. Wspomniałam już o zbrodniach dokonywanych na Mokotowie w pierwszych dniach powstania. Warto dodać, że cywile ginęli również w następnych tygodniach. 27 września Niemcy rozstrzelali przy ul. Dworkowej grupę powstańców i cywilów, w sumie blisko 150 osób. Mówiłam już o Pradze i egzekucji na cmentarzu Bródnowskim. Do kolejnych mordów w prawobrzeżnej Warszawie doszło w dniach 23–27 sierpnia na ul. Odrowąża przy cmentarzu żydowskim, gdzie Niemcy rozstrzelali ok. 40 osób, w tym dziewczynkę w wieku ok. 12 lat, kobiety i księdza. To tylko przykładowe miejsca masowych egzekucji. Pokazują jednak, że zbrodni dokonywano nie tylko na Woli czy Ochocie, ale w całej Warszawie. PAP: Czy zachowały się jakieś wspomnienia, zapiski czy pamiętniki Niemców, którzy w czasie powstania byli w Warszawie, a z których możemy poznać niemiecki punkt widzenia? Katarzyna Utracka: Musimy zwrócić uwagę na to, jakie oddziały pacyfikowały powstanie. Oprócz niemieckich oddziałów Wehrmachtu, SS, policji i żandarmerii, były oddziały kolaboranckie złożone z Azerów, Turkmenów czy chociażby brygada RONA pacyfikująca Ochotę. W ich skład wchodzili kryminaliści, kłusownicy, osoby wyciągane z więzień. To byli ludzi bez skrupułów i niemający oporów przed mordowaniem. Obserwujemy to na Woli i Ochocie, ale także na Starym Mieście i Czerniakowie. Te zbrodnie były kontynuowane do końca powstania. Zachowały się pewne przekazy niemieckie, chociażby dziennik Ericha von dem Bacha, głównodowodzącego siłami. Kiedy po wojnie był przesłuchiwany przed sądem, twierdził, że przybył do Warszawy już po rzezi Woli, w połowie sierpnia, i nie miał żadnego wpływu na to, co się tam działo. Oczywiście nie jest to zgodne z prawdą, bo wiemy, że przybył do Warszawy 5 sierpnia, zresztą był także na Woli. Również Heinz Reinefarth, który dowodził pacyfikacją Woli, tłumaczył się, że przybył do Warszawy kilka dni po rzezi Woli, co również nie było zgodne z prawdą, bowiem dowodził natarciem 5 sierpnia, a 4 sierpnia szykował oddziały niemieckiej odsieczy, które przybyły na zachodnie przedmieścia Woli. W ten sposób główni dowódcy próbowali uniknąć odpowiedzialności, co zresztą się im udało – nikt z nich nie odpowiedział za zbrodnie popełnione w Warszawie. Natomiast jeśli chodzi o zwykłych żołnierzy, to kilka lat temu Muzeum Powstania Warszawskiego udało się porozmawiać z Belgiem Mathiasem Schenkiem, który w czasie powstania miał 18 lat i był saperem. Został on dołączony do grupy Oskara Dirlewangera, a więc tych oddziałów pacyfikujących Wolę i dokonujących największych zbrodni. Ten wywiad, którego fragmenty można odsłuchać na ekspozycji w MPW, to poruszające i wstrząsające świadectwo młodego żołnierza, który był przerażony skalą mordu. Widać, że ta trauma jest przez cały czas w nim obecna. PAP: Czy dysponujemy szacunkowymi liczbami pokazującymi, ile osób mogło zginąć w egzekucjach dokonywanych przez Niemców? Ile z tych ofiar zostało zidentyfikowanych? Katarzyna Utracka: Trudno jest policzyć, ile osób zginęło w czasie egzekucji, a ile podczas bombardowań, a jeszcze ile jako żywe barykady. Najnowsze szacunki podają, że zginęło od 120 do 150 tys. cywilów. Przy tak ogromnej liczbie ofiar, z imienia i nazwiska Muzeum Powstania Warszawskiego udało się zebrać 53 tys. osób. Przed nami jest zatem jeszcze ogromna praca, którą będziemy kontynuować. Zachęcam rodziny osób, które zginęły w powstaniu, aby zgłaszały się do muzeum. Również na muzealnej stronie znajduje się zakładka poświęcona cywilnym ofiarom. PAP: Jak wyglądał proces identyfikacji? Wspomniała pani, że zwłoki, chociażby ofiar rzezi Woli, były palone… Katarzyna Utracka: Fakt, że ciała były palone, właściwie uniemożliwił identyfikację. Ekipy Polskiego Czerwonego Krzyża podczas swojej pracy zebrały na Woli tony prochów, przesiewane przez sita. Zostały one złożone na Cmentarzu Powstańców Warszawy, na kurhanie-mogile (obecnie w tym miejscu stoi pomnik Polegli Niepokonani). Badacze oraz pracownicy MPW bazowali zatem na dokumentach PCK. Po wojnie również rodziny składały karty poszukiwawcze, na których wpisywały dane dotyczących bliskich, którzy zginęli lub zaginęli w czasie powstania. Te dokumenty również analizowaliśmy, korzystaliśmy także z informacji z instytucji kościelnych i archiwów. W innych częściach Warszawy ekshumacje prowadzono już w 1945 r. Jeżeli groby zostały jeszcze w czasie powstania oznaczone krzyżami, a przy ciele ofiary znajdowały się dokumenty, to identyfikacja była stosunkowo łatwa. Trudniej było jednak w przypadku, kiedy ciała znajdywano pod gruzami zbombardowanych domów. Identyfikacje prowadzone po wojnie przebiegały stosunkowo sprawnie, ponieważ wówczas rodziny szukały grobów swoich bliskich. Byli też powstańcy, którzy dbali o to, aby ich polegli koledzy zostali zidentyfikowani i godnie pochowani. Jednak wszystkich ekshumacji nie przeprowadzono tuż po wojnie – tak naprawdę ciągnęły się one przez następne lata, prowadzono je również w latach pięćdziesiątych. W przypadku tych późniejszych ekshumacji skrupulatność była już dużo mniejsza, władzy bowiem nie zależało, aby te osoby identyfikować. Większość z nich została zatem pochowana jako tzw. NN-ki, czyli: „nazwisko nieznane”. Gdy pójdziemy na Cmentarz Powstańców Warszawy, to zobaczymy tam, że w większości są to właśnie osoby „NN”. W Parku Powstańców Warszawy, znajdującym się przy Cmentarzu Powstańców, mają stanąć specjalny pawilon oraz mur pamięci, na którym wyryte zostaną nazwiska poległych i zaginionych cywilów. Od kilku już lat w tym miejscu stoi ekspozycja MPW „Zachowajmy ich w pamięci”. Jest to 96 świetlnych słupów, na których umieszczone są rozszyfrowane nazwiska cywilów. Parafrazując słowa Zbigniewa Herberta, chcemy tych ludzi nazwać, zawołać po imieniu, nazwisku, przywrócić ich tożsamość. Ta pamięć im się należy. PAP: Jakie formy upamiętnienia związane ze zbrodniami niemieckimi w czasie powstania możemy odnaleźć we współczesnej Warszawie? Katarzyna Utracka: Te miejsca były już upamiętniane od 1945 r., kiedy warszawiacy stawiali krzyże, budowali ołtarzyki, umieszczali tabliczki z inskrypcjami. Później władze przeprowadziły konkurs, który wygrał rzeźbiarz Karol Tchorek, a tablice jego projektu pojawiały się na ulicach Warszawy i miejscowościach podwarszawskich. Najwięcej tych tablic znajduje się na Woli. Powstają także współczesne upamiętnienia. To nie jest tak, że już wszystkie te miejsca zostały oznaczone. Kilka lat temu w przestrzeni publicznej zaczęły pojawiać się brzozowe krzyże. Na Woli jest ich kilka, przy ul. Okopowej 59, gdzie dokonano masowej egzekucji i gdzie palono ciała pomordowanych. Kolejnym miejscem jest plac nieopodal dawnego PDT-u, gdzie od 5 do 7 sierpnia mordowano i palono ciała warszawiaków. Kilka dni temu odbyła się uroczystość odsłonięcia tablicy przy ul. Dolnośląskiej 3 na Żoliborzu. Ta tablica upamiętnia siedem kobiet znanych z imienia i nazwiska, mieszkanek Powązek, które Niemcy zamordowali 26 września 1944 r., czyli kilka dni przed końcem powstania. Tych miejsc upamiętnień w całej stolicy jest mnóstwo. Kiedy przejdzie się ich śladami, da to nam obraz tego, co wydarzyło się w Warszawie w sierpniu i we wrześniu 1944 r. Adolf Hitler to jedna z najgorszych postaci w historii świata. Straszliwy dyktator i tyran winny śmierci milionów osób. To on wywołał II wojną światową i chciał zetrzeć z powierzchni ziemi Polskę. Szaleniec, który miał obsesję na tle rasowym i etnicznym, pełen kompleksów. Pochodził z Austrii. Był niemieckim kanclerzem, przywódcą partii NSDAP, ale też Człowiekiem Roku tygodnika Time. Zbrodniarz wojenny i faszysta. To wszystko wiemy ze szkoły, ale w jego życiorysie jest kilka ciekawostek, o których na pewno nie miałeś pojęcia! Ministrant, uzależniony od czekolady i lekoman. Co jeszcze kryje się w życiorysie Hitlera?1. Adolf Hitler był rasistą, który chciał każdego Żyda wysłać na śmierć. Co ciekawe, pierwszą młodzieńczą miłością Hitlera była właśnie żydowska dziewczyna. Późniejszy tyran zakochał się w Stefanie Isak, gdy miał 16 lat. Nigdy jednak nie powiedział dziewczynie o swoich uczuciach, nie zdradził, że ją kocha. Zamiast tego chciał ją porwać i wraz z nią uciec albo przekonać ją do wspólnego samobójstwa!2. Mały Adolf wcale nie chciał być dyktatorem, ale księdzem! W swojej książce "Mein Kampf" zapisał, że lokalny duchowny, z jego rodzinnej miejscowości bardzo go inspirował. Hitler chodził też do szkółki niedzielnej, śpiewał w chórze kościelnym i pomagał we mszy jako ministrant. 3. Jednym z szalonych planów Adolfa Hitlera był atak na Moskwę, by zająć ją i przerobić na jezioro! Miał to zrobić poprzez otwarcie śluz na Kanale im. Moskwy. Do zrobienia z miasta jeziora jednak nie doszło. 4. Hitler brał udział już w I wojnie światowej, która nie skończyła się dla niego pomyślnie. Otóż został na niej pozbawiony jednego jądra. Stracił je w czasie bitwy nad Sommą w 1916 roku, gdy był zraniony w podbrzusze. Od lekarza, który go ratował, chciał wiedzieć, czy w przyszłości będzie mógł zostać Ciekawostką z życiorysu Hitlera było to, że przeszedł na wegetarianizm. Nie znosił okrucieństwa wobec zwierząt, co jednak nie przeszkadzało mu wysyłać ludzi na śmierć. Jeszcze przed wojną, w 1937 roku Hitler jadł mięso, ale później został jaroszem. Oprócz stosowania diety, stronił też od alkoholu i Adolf Hitler podobno romansował ze swoją siostrzenicą. Nie wiadomo, czy to prawda. Pewnym jednak jest, że dziewczyna żyła z dala od znajomych, a w 1931 roku postanowiła popełnić samobójstwo!7. Hitler był nie tylko Człowiekiem Roku tygodnika Time, ale i nominowanym do Pokojowej Nagrody Nobla! W 1939 roku został nominowany do prestiżowej nagrody przez członka parlamentu Był lekomanem. Jak wynika z notatek i listów doktora, który leczył Adolfa Hitlera, tyran przyjmował bardzo dużo leków. Ile? Podobno aż 80 różnych środków. Ponoć lekarstwem, które brał najczęściej były pigułki zawierające w swoim składzie Hitler był uzależniony od... czekolady, której codziennie pałaszował kilogram. Miał nawet plan, by w czekoladzie przemycić bombę, która miałaby zabić Winstona Churchilla. 10. Adolf Hitler miał bratanka, który walczył w czasie wojny przeciw Niemcom. Przyrodni brat Hitlera miał syna, który urodził się w Liverpoolu. Bratanek w 1933 roku przeniósł się do Niemiec i zaczął pracę u Hitlera. Niestety, wujek nie doceniał chłopaka. Do młodego Williama Patricka Hitlera przysyłano listy z pogróżkami, chłopak przestraszył się nie na żarty. Adolf Hitler zażądał, by William zrezygnował z brytyjskiego obywatelstwa. Bratanek wyczuł, że coś jest nie tak jak być powinno i wyjechał. W 1939 roku zaciągnął się do marynarki wojennej w USA i walczył przeciw Niemcom. Stąd Hitler wydawał najważniejsze decyzje. Tutaj dowiedział się, że jego wojsko zaczyna przegrywać, tutaj szprycował się lekami i narkotykami, tutaj próbowano go zabić i tutaj w końcu oszalał. Koniec Polski Wilczy Szaniec Foto: Noizz Jesteśmy w północnej części województwa warmińsko-mazurskiego – regionu, który ma swoje problemy, choć jego anturaż jest wyjątkowy. No bo z jednej strony to miejsce skrzywdzone przemianami ustrojowymi, niedoinwestowaniem oraz swoją peryferyjną lokalizacją, z drugiej – kraina cudownych jezior i kanałów, żeglarskiej mekki dla bogatych z Warszawy i nie tylko. – Na prywatnym lotnisku latem lądują tu latem awionetki z Austrii, Szwajcarii, Niemiec, Litwy. Przylatują do pięciogwiazdkowego hotelu zbudowanego na sztucznej wyspie w Mikołajkach. Załatwiają tam biznesy i bawią się – mówi nam pan Dariusz z Kętrzyna. W pięknym lesie nieopodal swoją rezydencję wybudował Robert Lewandowski. Co z tego, skoro bogaci bawią się w swoich enklawach, a ich obecność niespecjalnie przekłada się na ogólny zysk zwykłych ludzi. Zastawa ze swastykami Foto: Noizz Kwatera Hitlera Foto: Noizz - Tutaj jest bieda. Młodzi wyjechali za granicę. No bo co mają robić? Kiedyś w Kętrzynie mieliśmy browar i kilka innych dużych zakładów pracy, ale pojawiły się koncerny zza granicy i je zamknęły. Zależało im jedynie na tym, by wyniszczyć konkurencję. Teraz nie ma nic – dodaje emerytowany Strażnik Graniczny, który dorabia sobie oprowadzając turystów po okolicy. – Zaraz za tym lasem, może trzy kilometry w linii prostej, jest granica z Rosją. Pilnie strzeżona: płoty, zasieki i tak dalej. Jesteśmy na końcu Polski – mówi. Peryferyjność, wspomniane jeziora, które stanowiły naturalna barierę komunikacyjną, zachęciły niegdyś Hitlera do przeprowadzki na Mazury. Nie groziły tutaj żadne alianckie naloty, bo to jednak kawał drogi od Berlina, za to front wschodni był na wyciągnięcie ręki. W 1941 roku w gęstych mieszanych lasach, na podmokłych terenach, fuhrer zbudował swoją główną wojenną kwaterę – "Wilczy Szaniec". Właśnie stąd Hitler wydawał najważniejsze decyzje. Tutaj dowiedział się, że jego wojsko zaczyna przegrywać. Tutaj też popadał w frustracje, tutaj szprycował się narkotykami, tutaj próbowano go zabić i tutaj w końcu oszalał. Wilczy Szaniec. Jak żyło się w „stolicy świata” Bunkry ukryte w lesie Foto: Noizz Kwatera Hitlera Foto: Noizz Wilczy Szaniec, na wyrost czy nie, przez badaczy tematu oraz mazurskich przewodników potocznie wspominany jest jako druga - po Berlinie - stolica III rzeszy, przez jeszcze innych ówczesną stolicą świata. Z miejsca o ogromnej randze, dziś zostały tylko ruiny i kilka legend. To było jak kompleks kilku małych miasteczek w lesie połączonych dobrej jakości drogami brukowanymi, które służą do dziś. – Hitler, rzecz jasna, był w samym centrum Wilczego Szańca. Od 1941 do 1944 spędził tutaj około 800 dni. W kwaterze głównej i okolicznych „miasteczkach” mieszkało nawet 6 tys. osób, w tym najwyżsi przywódcy NSDAP – mówi przewodnik Wilczego Szańca. Hitler przeniósł tam z Berlina między innymi Ministerstwo Spraw Zagranicznych, sprytnie ukrył niebywale trwałe schrony bombowe, postawił świetnie wyposażone centrum łączności prowadzone przez kobiety. Była też elektrownia, kino, wodociągi. Do swoich celów zagospodarował lotnisko i dworzec kolejowy. Jego ekipa potrafiła zarządzać wojną i nie zapomniała o niczym. Kwatera główna Hitlera Foto: Noizz Momentami było mrocznie Foto: Noizz Architektura i wyposażenie budynków mieszkalnych najpotężniejszych wówczas ludzi świata było naprawdę ubogie. Sam wódz prowadził się spartańsko, przez większość czasu mieszkał w bunkrze. Po pierwsze, żeby było prosto, bo w końcu to wojna i nie można było się rozpraszać, po drugie – rozbudowa „Wilczego Szańca” to proces, który trwał i trwał. Kwatera prawdopodobnie przez cały ten czas była jedynie „wersją roboczą” finalnego miejsca. Miejscem pełnym niedoskonałości - wilgotnym, z komarami i błotem. Zimą był tam hardkor. Osobne domy wybudowano dla największych: Hermana Goering, Heinricha Himmlera, Martina Bormanna, Wilhelma Keitela, Josepha Goebbelsa. Ich wyposażenie zdecydowanie nie było luksusowe, choć lepsze niż w pozostałych rejonach "Szańca". Oryginalne napisy w bunkrach Foto: Noizz Średniej rangi oficerowie spali, jak studenci w 2-3 osobowych stancjach o cienkich ścianach. Słychać było wszystkie szmery. Było zimno. Cmentarz w okolicach Gierłoży Foto: Noizz Niemcy wysadzili bunkry gdy wycofywali się z bazy Foto: Noizz Co by nie mówić - przebywanie tam było i tak znacznie lepsze, niż walka jako mięso armatnie na froncie. Rozrywka w Wilczym Szańcu Ale jakoś trzeba było żyć. Dobrze funkcjonującą linia kolejową dostarczano żywność i inne niezbędne produkty. Pracownicy kompleksu mieli kasyna (tak niegdyś określało się stołówki), gdzie toczyło się życie towarzyskie i kulturalne. Latem mogli wyjść na plażę w Kamieniu. Tam się mogli odstresować. Poza tym zbyt wielu rozrywek nie było. Pozostał alkohol. Wszyscy przewodnicy mówią jednak zgodnie: mimo że Hitler był abstynentem, to jego poddani na pewno pili. Nikt, z kim rozmawiałem, nie potrafił jednak z pełnym przekonaniem powiedzieć, jak intensywnie się to odbywało. Oficerowie dzielili się na równych i równiejszych – przed wodzem specjalnie ukrywać nie musiał się na przykład Borman, chyba najsłynniejszy hulaka tamtych czasów. Posiadówki u niego nie mogły ominąć wiedzy. Było wszystko: alkohol, kobiety, przebieranki. Na dużo mógł sobie pozwolić generał Warmont, szef sztabu generalnego Wermahtu, który mieszkał nieco dalej. Wilczy Szaniec Foto: Noizz Im dalej od centrum, gdzie mieszkał Hiter, tym większe przyzwolenie na "alko". Warto sobie uświadomić, że zdecydowana większość pracowników bazy nigdy Hitlera nie widziała na oczy. I vice versa - byli nieuchtywni. W stołówkach podoficerskich, pojawiał się piwo, wódka i wino. – Fani „Wilczego Szańca” dobrze przekopali teren i jedyne „skarby”, które udało nam się znaleźć w najbardziej zewnętrznych strefach, to butelki po wódce i winie – mówi przewodnik. Alkohol kupowany był najprawdopodobniej w dzisiejszym Kętrzynie, podczas pobytu na przepustkach. - Ostatnio w Zalesiu Kętrzyńskim odkryliśmy najprawdopodobniej dom schadzek oficerskich, ale to niepotwierdzone – powiedział przewodnik. Czym szprycował się Hitler Foto: Noizz Śluza nieukończonego Kanału Mazurskiego Foto: Noizz Śluza nieukończonego Kanału Mazurskiego Foto: Noizz Śluza Kanału Mazurskiego to dziś park linowy Foto: Noizz Choć Hitler był zdeklarowanym abstynentem, to nie można było powiedzieć, że jego umysł pozostawał trzeźwy. Lokalni przewodnicy, którzy próbują odtworzyć socjologię codzienności tamtych czasów, mówią, że im dłużej trwała wojna, tym Hitler coraz bardziej odrywał się od rzeczywistości. Rzadko pojawiał się publicznie, a bezpośredni kontakt miał jedynie z najbliższymi współpracownikami. No i ze swoim lekarzem - Theo Morellem, który codziennie podawał mu leki oraz narkotyki. Hitler wyciągnął swoje zamiłowanie do narkotyków jeszcze z czasów działalności artystycznej, gdzie stał się morfinistą. - Był na co dzień bardzo apatycznym człowiekiem, nic mu się nie chciało, dostał zastrzyk i był kwitnący, wręcz nadpoubliwy. Tolerancja rosła, dostawał coraz silniejsze dawki, ale pojawiały się skutki uboczne - twierdzi przewodnik. Kanał Mazurski Foto: Noizz Hitler najczęściej miał zażywać kokainę, która rzekomo pomagała mu na gardło. – Nazistowski lider przyjmował aż 74 różnych leków, na czele z metamfetaminą, która dostępna była w tabletkach o nazwie Pervitin – pisze brytyjski "Daily Mail", który powołuje się na 47-stronicowy historyczny raport amerykańskiego wywiadu. Szaleństwo Hitlera Wilamowo - lotnisko Hitlera Foto: Noizz Mniej więcej w tamtą stronę rozbił się samolot Fritaza Todta Foto: Noizz 8 lutego 1942 roku na oddalonym o kilka kilometrów od bazy lotnisku w Kętrzynie, tuż po stracie rozbił się samolot ministra uzbrojenia Fritza Todta. Szok był tak duży, że Hitler jeszcze bardziej zraził się do latania. Bał się zamachu, sabotażu i wypadku. - Wolał podróżować pociągami. Dysponował naprawdę świetnie wyposażonymi wagonami - mówi przewodnik. To tylko jedna z obsesji, które prześladowały go w drugiej stolicy III rzeszy. Świadkowie twierdzą, że im bardziej Hitler odlatywał w leki i środki odurzające, tym codzienność z nim stawała się coraz bardziej uciążliwa. Na obowiązkowych, późnonocnych audiencjach, tak zwanych herbatkach, ludzie zasypiali z nudów i zmęczenia. Siedzieć musieli. Tyle, że fuhrer następnego dnia budził się po godzinie 11:00, a inni szli do pracy. On rano, prawdopodobnie na ostrym zjeździe, przyjmował od dr Morella kolejne leki. Stało się to pretekstem do szyderek. Wieloletni towarzysze, tacy jak Borman, przez lata zebrali o Hitlerze wiele informacji, więc w pewnym sensie trzymali go w garści. – Hitler był szefem, którzy rządził twardą ręką, jednak nie myślcie sobie, że z niego nie szydzono. To tak samo, jak w korporacji, gdzie zwyczajni pracownicy chamsko nabijają się ze swoich przełożonych – mówi przewodnik po Wilczym Szańcu. Do szaleństwa doprowadziły go dwa wydarzenia. Najpierw przegrana w kluczowej bitwie pod Staliningradem w 1943 roku, która odwróciła losy II wojny światowej. Po niech fuhrer miał stracić zaufanie do wielu dotychczas ważnych współpracowników i zamknąć się w sobie. Jeszcze większy stres w samym Hitlerze powodowała świadomość, że wojska ZSRR stoją pięćdziesiąt kilometrów od kwatery. Zlecono obwieszenie strategicznych budynków siatkami maskującymi, co wprowadzało stan paranoi. Nieudany zamach na Hitlera w 1944 roku w Wilczym Szańcu Foto: Bundesarchiv, Bild 146-1972-025-10 Wysadzone wnętrza kwater Foto: Noizz Drugim, jeszcze bardziej traumatycznym wydarzeniem była nieudana próba zamachu na życie Hitlera przeprowadzona w Wilczym Szańcu 20 lipca 1944 roku. Spiskowcy na czele z Clausem von Stauffenbergiem, zaufanym człowiekiem fuhrera, podłożyli bombę podczas narady w Wilczym Szańcu. Hitler przeżył atak na skutek kilku zbiegów okoliczności, niefortunnego ułożenia ładunku (część energii pochłonął dębowy stół pod którym umieszczono bombę) i otwarte okna, które wyrzuciły ogromną siłę zewnątrz. W ramach ostrego odwetu, Hitler podjął decyzję o zabiciu 5 tys. osób. Było jasne, że po tych wydarzeniach, bezpieczna enklawa stała się zdobytą twierdzą. 20 listopada 1944 wódz wyprowadził się z Wilczego Szańca, a 131 dni później popełnił samobójstwo. Tekst powstał w oparciu o historie przewodników, którzy oprowadzili autora po Wilczym Szańcu. książki z kategorii Beletrystyka wszystkie fantasy, science fiction klasyka kryminał, sensacja, thriller literatura piękna powieść historyczna Literatura faktu wszystkie biografia, autobiografia, pamiętnik reportaż publicystyka literacka, eseje Literatura popularnonaukowa wszystkie historia popularnonaukowa Pozostałe wszystkie poradniki militaria, wojskowość religia Tagi Najpopularniejsze: Najpopularniejsze: hitler milosc milosierdzie milość milość pocałunek milszewski milva geralt mimesis malewicz... mimi mimo to mimo wszystko mimotowatość minaret pozycja mindfullness mine minerał minerały minerwa... minette walters ming minho mini cooper miniatury miniaturzystka minimalizm... ministranci ministrant mino raiola ajax... minotaur minus minuty słabość ob... Autorzy Najpopularniejsi: Najpopularniejsi: Andrzej Pilipiuk Éric-Emmanuel Schmitt George Orwell Erich Maria Remarque Bohumil Hrabal Richard Dawkins Joanna Jax Wiktor Suworow Bogusław Wołoszański Piotr Zychowicz Józef Mackiewicz Antony Beevor Hans Hellmut Kirst Józef Hen Stefan Kisielewski Cykle Najpopularniejsze: Najpopularniejsze: Historia Trzeciej Rzeszy brak Spowiedź Hitlera Brak Historia II wojny światowej [Bellona] Gregory Sallust Message to Adolf Sortuj: BYŁ SOBIE raz dziwny mały człowieczek, który podjął trzy ważne życiowe decyzje: 1. Zrobił sobie przedziałek po innej stronie niż wszyscy. 2. Zapuścił sobie mały kanciasty wąsik. 3. Postanowił, że zdobędzie władzę nad światem. Dodał/a: konto usunięte W ł a d z a ! Pomyśl; im bardziej człowiek jest pomylony, tym więcej może mieć władzy! Na przykład Hitler. Aż się w głowie kręci, nie? Warto się nad tym zastanowić Dodał/a: tyberiusz Religia żydowska kładzie nacisk na szacunek, chrześcijańska na miłość. Zadaję sobie pytanie: czy szacunek nie jest ważniejszy od miłości? A także łatwiejszy do zastosowania... Kochać swojego nieprzyjaciela, jak proponuje Jezus, i nadstawiać drugi policzek, uważam, że to godne podziwu, ale trudne do wykonania. Zwłaszcza w tej chwili. Nadstawiłbyś drugi policzek Hitlerowi, powiedz? - Nigdy! - Ja też nie! To prawda, że nie jestem godny Chrystusa. Życia mi nie starczy, by go naśladować... Ale czy miłość może być obowiązkiem? Czy można rozkazywać sercu? Nie sądzę. Według wielkich rabinów szacunek jest lepszy od miłości. Jest trwałym zobowiązaniem. To mi się wydaje możliwe. Mogę szanować tych, których nie lubię, lub tych, którzy są mi obojętni. Ale kochać? Zresztą czy muszę ich kochać, skoro ich szanuję? Miłość to trudna rzecz, nie można jej wywołać ani kontrolować, ani też zmusić, aby trwała. Tymczasem szacunek... Dodał/a: Donnie Darko Wystarczyło tu i tam powiedzieć 'Heil Hitler' i wszystko było cacy. Dodał/a: konto usunięte Pozbycie się Hitlera kosztowało trzydzieści milionów ludzkich istnień. Najemnik mógłby tego dokonać przy pomocy jednej kuli, kosztującej mniej niż szylinga. Dodał/a: MacG Gdy Tomek nie słucha Zosi, pouczam go, że Hitler, jak był mały, zawsze słuchał swojej mamy. Dodał/a: PannaJoanna Zza drgającego żaru widać było brunatne koszule i swastyki. Nie ludzi, tylko mundury i emblematy. Dodał/a: iuss Nawet Adolf Hitler, powszechnie uznawany za uosobienie bezgranicznego zła, "ustępuje" pod pewnymi względami Kaliguli czy Dżyngis-chanowi. Bez wątpienia Hitler zabił więcej ludzi niż chan Mongołów, ale miał do dyspozycji XX-wieczną technikę. Czy jednak Hitler czerpał osobistą przyjemność z przyglądania się swym ofiarom "zalanym krwią i łzami", co bez wątpienia bardzo bawiło Dżyngis-chana? Chyba nie - osądzamy Hitlera jako wcielenie zła, kierując się współczesnymi kryteriami, to moralny Zeitgeist jest dziś zupełnie inny niż w czasach Kaliguli, tak samo, jak zmieniła się przez ten czas technika. Hitler jest dla nas tym, czym jest, gdyż zmieniły się nasze standardy - złagodnieliśmy. Dodał/a: piotr111 Sądziliśmy, że Niemcy są słabe, a Hitler blefuje. Dodał/a: Mroczne-Strony Hitler (...) zabijał i wcale nie chciał, aby go kochano, przyznawano rację, sprawiedliwość oraz humanitaryzm. Stalin zabijał i domagał się od swych ofiar miłości oraz potwierdzenia, że jest najlepszym przyjacielem ludzkości [przedmowa Andrzeja Szczypiorskiego]. Dodał/a: Marcin Senderski Poprzednie 1 2 3 4 5 6 ... 12 13 Następne Popularne artykuły Hitler ma wielu miłośników w krajach Afryki i Azji. „Hitler zmasakrował trzy miliony Żydów” – powiedział prezydent Filipin Rodrigo Duterte na konferencji prasowej po powrocie z podróży do Wietnamu 30 września. „My mamy trzy miliony narkomanów. Bardzo chętnie bym ich zarżnął”. Chwilę później dodał, że zabicie tylu Filipińczyków uzależnionych od narkotyków „rozwiązałoby problem mojego kraju i uchroniło przed nim następne pokolenie”. Duterte nie doszacował liczby zamordowanych w Holocauście, którą historycy oceniają na 6 mln. Na razie władze Filipin dalekie są od tego rekordu. Według niezależnych źródeł policja, a także cywile, którzy korzystają z zachęty prezydenta, zabili do tej pory około 3,7 tys. osób podejrzewanych o to, że biorą narkotyki albo nimi handlują. Policja przyznała się do zabicia 1120 osób. Duterte wygrał wybory na Filipinach w czerwcu, obiecując obywatelom bezwzględną i krwawą wojnę z narkotykami. Kiedy był wcześniej prezydentem wielkiego miasta Davao, akceptował działanie policji i prywatnych „szwadronów śmierci”, zabijających handlarzy narkotyków. W ciągu dekady zamordowano w ten sposób ponad tysiąc osób. W 2009 r. Duterte mówił: „kiedy prowadzisz nielegalną działalność w moim mieście tak długo, jak jestem prezydentem, pozostajesz celem zabójstwa”. Kiedy sąd wypuścił z aresztu jednego z narkotykowych baronów, miał rzec, że tacy ludzie „mogą wyjść tylko w trumnie”. Prezydent ma ostry język, który podoba się Filipińczykom. Gwałt popełniony przez zbuntowanych więźniów na australijskiej misjonarce skomentował: „Była taka piękna. Prezydent miasta powinien być pierwszy”. A kiedy zirytował go korek wywołany wizytą papieża Franciszka, stwierdził: „Chciałem mu powiedzieć: »Papież, ty skurwielu, jedź do domu. Nie odwiedzaj nas więcej«”. Protestami świata – w szczególności przywiązanych do przestrzegania praw człowieka dyplomatów krajów Unii Europejskiej – Duterte się nie przejmuje. O Europejczykach powiedział, że mają kurze móżdżki, i zwrócił im uwagę, że powinni się bardziej zajmować losem uchodźców z Bliskiego Wschodu uciekających do Europy, a mniej Filipinami. „Pozwalacie im gnić, a potem przejmujecie się śmiercią jednego, dwóch czy trzech tysięcy?” – szydził. Prezydenta Obamę, który go skrytykował za łamanie praw człowieka, nazwał publicznie skurwysynem, a kiedy USA odmówiły mu sprzedaży broni, powiedział, że Obama „może iść do diabła”. Stosunek prezydenta Duterte do przywódcy nazistowskich Niemiec pozostaje jednak złożony. W tym samym wystąpieniu oświadczył, że uznawanie go za kuzyna Hitlera – co prasa zachodnia robiła przed wyborami – to próba zawstydzenia Filipińczyków, którzy, o czym cały świat powinien wiedzieć, są narodem dumnym i suwerennym. Skarżył się także, że CIA próbuje go zabić. Kult silnego człowieka Duterte nie jest ani pierwszy, ani jedyny. Hitler w wielu krajach pozaeuropejskich postrzegany jest zupełnie inaczej niż w Europie – jako silny przywódca, który walczył z Zachodem. W październiku 2015 r. premier Izraela Beniamin Netanjahu oskarżył Wielkiego Muftiego Jerozolimy Haj Amina al-Husseiniego, że w 1941 r. dostarczył Hitlerowi pomysł „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, czyli Zagłady. Netanjahu minął się z prawdą, choć duchowy przywódca sunnitów rzeczywiście współpracował z Hitlerem. W 1937 r. uciekł przez Liban i Włochy do Niemiec, gdzie pomagał Hitlerowi werbować muzułmańskich Bośniaków do SS – przekonując ich, że podzielają wspólne wartości: szacunek dla rodziny, porządku, przywódcy i wiary. Mufti został sojusznikiem Hitlera nie tyle i nie tylko z powodu antysemityzmu – był zaciekłym przeciwnikiem syjonizmu i migracji Żydów do Palestyny – ale głównie ze względu na wspólnego wroga, czyli Imperium Brytyjskie. Muzułmanów przekonywał, że Niemcy nigdy nie skolonizowały żadnego kraju arabskiego, podczas gdy Rosja i Anglia – tak. Od Hitlera żądał przede wszystkim poparcia niepodległości krajów arabskich i gwarancji, że w Palestynie nie powstanie państwo żydowskie. Na spotkaniu 28 listopada 1941 r. Hitler obiecał to wszystko al-Husseiniemu. Antykolonialne i nacjonalistyczne ostrze hitlerowskiej ideologii oraz antysemityzm sprawiły, że Hitler do dzisiaj ma wielbicieli w świecie arabskim. Po upadku Francji w 1940 r. na ulicach Damaszku (wówczas mandatu Francji, czyli właściwie kolonii) śpiewano: „Nigdy więcej Monsieur, nigdy więcej Mister, Allah jest w niebiosach, a Hitler na ziemi”. Generał Rommel – który przez lata wygrywał wojnę z Brytyjczykami w Afryce Północnej – był tak popularny, że witano się okrzykami „Heil Rommel”. W kwietniu 1941 r. pronazistowski premier Iraku próbował dokonać zamachu stanu, na co Brytyjczycy odpowiedzieli ofensywą wojskową i okupacją tego kraju. Hitler z Afryki Także w Afryce Adolf Hitler miał swoich wielbicieli. Najbardziej znanym z nich był Chenjerai Hunzvi, współtowarzysz walki Roberta Mugabe o wolność Zimbabwe. Nie ma możliwości, żeby Hunzvi – który przyjął pseudonim bojowy Hitler – nie wiedział, co przywódca nazistowskich Niemiec miał na sumieniu. Studiował bowiem w Rumunii i w Polsce na początku lat 80. – skończył u nas nawet medycynę, którą przez chwilę praktykował w Zimbabwe – i miał żonę Polkę. Hunzvi był człowiekiem brutalnym i bezwzględnym. Jego żona Wiesława Hunzvi uciekła od niego z Zimbabwe w 1992 r., a po powrocie napisała fabularyzowaną historię swojego małżeństwa (wydaną w 1994 r. po polsku pod wymownym tytułem „Biała niewolnica”). Wspominała, że mąż ją bił i znęcał się nad nią z sadystycznym upodobaniem – tak bardzo, że bała się o swoje życie. Sama biografia Hunzviego jest otoczona tajemnicą. „W czasie wojny nie oddał ani jednego wystrzału” – twierdziła później jego była żona. Według oficjalnej biografii rozpoczął walkę z białym rasistowskim reżimem w Zimbabwe, kiedy miał 16 lat. To wtedy przyjął pseudonim Hitler. Mówił, że przed 1974 r. – kiedy wyemigrował z kraju – siedział w więzieniu, w którym poznał głównych przywódców walki o wyzwolenie ówczesnej Rodezji: Roberta Mugabe i Joshuę Nkomo. Ale dowodów na to nie było, a sceptycy twierdzili, że był za młody, by doświadczeni weterani dopuścili go do swojego grona. W 1978 r. miał zostać ranny w zamachu bombowym w Lusace, stolicy sąsiedniej Zambii. Znów jednak nie było na to świadków. Prawdziwą (i ponurą) karierę Hunzvi zrobił w latach 90. Wrócił do kraju w 1990 r., ale ominęły go rządowe posady, na które liczył. Prowadził praktykę lekarską, która szła średnio. Koledzy z dawnych czasów zrobili go jednak szefem związku weteranów. Kiedy przyłapano go na wypłacaniu sobie pieniędzy z kasy związku, próbując przykryć ten fakt, poprowadził weteranów na demonstracje antyrządowe i wymusił podwyżkę rent. W 2000 r. Mugabe zlecił mu terroryzowanie białych farmerów i przeciwników politycznych. Hunzvi wywiązał się z tego zadania znakomicie. Wielu obywateli Zimbabwe – białych i czarnych – szykowało wówczas Gap bags (ang. torba na przełęcz), zestaw ubrań i kosmetyków na wypadek, gdyby trzeba było uciekać z kraju. Towarzysze Hunzviego z czasów partyzantki przybierali różne groźne pseudonimy, takie jak Towarzysz Szatan albo Stalin Mau Mau (Mau Mau to nazwa powstania Kenijczyków przeciwko kolonialnym rządom brytyjskim z lat 1952–60, brutalnie stłumionego przez władze). Zdaniem Petera Godwina, białego mieszkańca Zimbabwe, dziennikarza i autora znakomitych książek o historii tego kraju, obierali sobie takie przezwiska po to, by skuteczniej terroryzować cywilów. W czasie wojny partyzanckiej w latach 70. technika walki przeciwników białego reżimu w Zimbabwe polegała w znacznej mierze na terrorze. Godwin, który wtedy jako młody człowiek należał do „białej” policji, widział wielokrotnie okrutnie zamordowanych czarnych – kobiety wbite na pal czy okaleczonych mężczyzn z poderżniętym gardłem. Pseudonim Hitler miał budzić przerażenie. Człowiek, który go nosił, musiał stosować przemoc bez wahania. Hitler pasował przy tym do imienia, które Hunzviemu nadano przy narodzinach: Chenjerai w języku Szona oznacza „strzeż się”. Zmarł w apogeum kampanii Mugabe przeciw białym farmerom w 2001 r. Podobno na malarię, ale bardzo możliwe, że prawdziwym powodem było AIDS. Hitler ma wielu miłośników również w Indiach. W październiku 2012 r. lokalne władze zamknęły wprawdzie sklep z odzieżą Hitler w Ahmedabadzie z powodu „braku wrażliwości kulturalnej”, zostawiając z nazwy tylko kropkę nad literą „i” (w jej środek wpisana była swastyka, która jest starożytnym indyjskim symbolem). Właściciel sklepu Rajesh Shah był rozczarowany. „Byliśmy popularni z powodu tej nazwy” – powiedział agencji Bloomberg. „Nasi klienci nie byli nią zdenerwowani. Mówili: »nie zmieniajcie jej«”. W Indiach świetnie sprzedaje się „Mein Kampf”, której dystrybucja jest całkowicie legalna (na rynku indyjskim funkcjonuje jej 13 wydań). „To dla nas klasyka, musimy ją sprzedawać” – wyjaśnił w 2014 r. menedżer księgarni w nowoczesnym centrum handlowym w Udajpurze prawnikowi z Izraela Joshowi Sheinertowi, który potem swój wstrząs opisał w „Jerusalem Post”. Hitler w Indiach nie kojarzy się z antysemityzmem i Zagładą, które dla Hindusów są sprawami odległymi. Był jednak wrogiem Wielkiej Brytanii, dawnej kolonialnej metropolii, która przez dekady pozostawała głównym wrogiem indyjskiego nacjonalizmu. W 2006 r. w Mumbaju otworzyła się kawiarnia Hitler’s Cross (Krzyż Hitlera), a w 2011 r. w mieście Nagpur – klub bilardowy Hitler’s Den (w swobodnym przekładzie Pod Hitlerem). Hitler z Bollywood Hitler pojawia się również w filmach z Bollywood i wcale nie wypada w nich źle. „Hero Hitler in Love” („Bohater Hitler zakochany”) to komedia o przygodach porywczego bohatera z wybuchowym temperamentem. W telewizji emitowano telenowelę „Hitler Didi” („Wielka siostra Hitler”). Nakręcono także film historyczny „Gandhi to Hitler” („Od Gandhiego do Hitlera”), opowiadający historię listu skierowanego przez Mahatmę Gandhiego, wielkiego przywódcę Indii w walce z brytyjskim kolonializmem, do Hitlera. Jeden z liderów hinduskiego nacjonalizmu Subash Chandra Bose także był jego zwolennikiem i nawet uciekł do Niemiec w 1940 r. W listopadzie 1941 r. w Berlinie powołano Centrum Wolnych Indii i formowano Legion Wolnych Indii, przede wszystkim z jeńców hinduskich wcześniej służących w armii brytyjskiej, którzy dostali się do niewoli w Afryce Północnej. Hitler jest więc w Indiach wrogiem kolonializmu – i przede wszystkim postrzegany jest z tej perspektywy. Według Navrasa Jaata Aafrediego, profesora nauk społecznych na Gautam Buddha University w Delhi, popularność nazistowskiego przywódcy bierze się w znacznej mierze z fatalnego poziomu nauczania historii w hinduskich szkołach, zwłaszcza historii Europy. Hitler – o ile w ogóle się w niej pojawia – występuje jako człowiek, który osłabił Imperium Brytyjskie na tyle, że musiało opuścić Indie. Inaczej Brytyjczycy nigdy dobrowolnie by się nie zgodzili na przyznanie Indiom niepodległości. Antysemityzm tu praktycznie nie istnieje, a samych Żydów mieszka niewielu – szacunki mówią o kilku tysiącach. Nigdy też nie byli prześladowani jako mniejszość. Podobnie jak na Filipinach także w Indiach Hitler jest przede wszystkim postrzegany jako silny człowiek, który sprawnie realizuje swoje obietnice oraz – co ciekawe – walczy z bezprawiem. W sierpniu 2014 r. Kalvakuntla Chandrasekhar Rao, premier stanu Telangana, przyznał publicznie, że za zwalczanie przestępczości bywa nazywany Hitlerem i się tego nie wstydzi: „Jestem Hitlerem i będę gorszy niż Hitler, jeśli będzie potrzeba, żeby zatrzymać bezprawie”. W tym konkretnym wypadku chodziło o nieprawidłowości w rozdzielaniu pomocy społecznej. Nie jest zatem wykluczone, że za parę pokoleń – kiedy o Zagładzie poza Zachodem nikt już nie będzie pamiętał – Hitler stanie się symbolem szlachetnej rewolty, walki z nieprawością i dominacją Zachodu. Będzie to dla lidera Trzeciej Rzeszy bardzo paradoksalne zwycięstwo.

czy hitler kogoś zabił